Ukraiński sylwester na stoku + kilka ciekawostek.

Lubię święta. Lubię kolorowe światełka, szał zakupów, zapach mandarynek, a kolędy zaczynam nucić już w lipcu. Jednak nie trwają one wiecznie i często już podczas ostatniego dnia świątecznej uczty znajdzie się choć jedna osoba przy stole, która wypowie znane wszystkim – święta, święta i po świętach. A chwilę później faktycznie kolędy przestają grać w radiu, choinka z hukiem ląduje na śmietniku, a waga magicznie zawiesza się wskazując dodatkowe dwa kilogramy (więc i ona w złości trafia na wysypisko). Koniec. Skoczyło się, powtórka za rok. A śniegu jak nie było tak nie ma.

Postanowiłam więc cofnąć się w czasie i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Kiedy my rozpakowujemy gwiazdkowe skarpety od ciotki Matyldy i dojadamy ostanie kostki czekolady od wujka Franka, to na Ukrainie dopiero rozpoczyna się szał kupowania prezentów. Kiedy my podejmujemy trzecią próbę wciągnięcia w rurę odkurzacza igieł z świątecznej sosny, to w tym czasie na we Lwowie gromadzi się dziki tłum przy dworcu głównym i toczy się zawzięta bitwa o najlepszą choinkę. Już tłumaczę. Ukraina w 60% jest wyznania prawosławnego, więc święto Bożego Narodzenia obchodzone jest tutaj dopiero od 6 stycznia! Żadna to niespodzianka ani nowina, ale kiedy wyjechałam do Lwowa tuż po zjedzeniu wszystkich pierogów ze stołu, to miło było znów popatrzeć na ludzi w świątecznych nastrojach i spacerować po kolorowym jarmarku.
Ale od początku.

W niedzielny ledwo poświąteczny poranek zabieram Huberta na wylotówkę. W końcu! Trzy miesiące przerwy w podróżowaniu to zdecydowanie za wiele. Najwyższy czas się trochę rozerwać, pobawić, poszwendać i pojeździć na nartach. Szczęście uśmiecha się do nas już w Opatowie, gdy zatrzymujemy busa pełnego studentów, którzy zabierają nas wprost do Lwowa! Wiecie, że praktycznie w każdym małym sklepie spożywczym na Ukrainie są ciastka na wagę? No, więc kolacja gotowa. Następnego dnia czeka nas małe wyzwanie – podróż lokalnym pociągiem, ogarnięcie biletów i pierwszy etap nauki cyrylicy.

Pociągi na Ukrainie – dlaczego warto?

 

Dworzec Główny całkiem pokaźny!

Raptem dwa razy podróżowałam pociągiem na Ukrainie, jednak w dwóch różnych klasach – mam więc chyba jako takie rozeznanie jak to wszystko funkcjonuje. Bilety są imienne, dlatego przed wejściem do wagonu pokazuję paszport, konduktor odrywa kawałek mojego papierowego kwitka i upomina, by zająć wyznaczone miejsce. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to rozmach – pociągi są bardzo długie i wysokie! Nasze polskie przy nich to liliputki. Jadąc w najniżej klasie w wagonach jest podział na tak jakby trzy piętra. Pierwsze służy do siedzenia, na drugim można się położyć, a ostatnie przeznaczone jest na bagaż. Wszystko jest bardzo przemyślane i funkcjonalne, na przykład stolik, który jest przed tobą możesz złożyć tak, że powstanie łóżko!
Innym razem, jadąc dużo krótszy odcinek załapaliśmy się na nowoczesny pociąg i mimo, że bilet kupiliśmy najtańszy (koszt 14zł na trasie Ivano Frankivsk – Lwów) to warunki były wręcz luksusowe. Wygodne klasyczne siedzenia, dużo miejsca, dwa telewizory z jakiś nudnym serialem, a nawet dywan na podłodze wzdłuż całego wagonu. Tutaj pani konduktor zbierała jak leci wszystkie bilety do kontroli, zniknęła z nimi na dwie godziny, a następnie rozdała według numeru miejsca.

Zdecydowaliśmy się na jazdę pociągiem z kilku powodów. Autostop na Ukrainie nie zbytnio działa, jest to jedyny środek transportu na górzyste południe kraju, no i przede wszystkim bilety są niesamowicie tanie. Za podróż z Lwowa do Mikuliczyna, która trwała 5,5h zapłaciłam 5zł. Bez ulgi. Powód jest jeszcze jeden. Taka jazda jest świetną okazją, by spędzić trochę czasu z miejscowymi!

Pociągi ogrzewane są prawdopodobnie piecami, dlatego na dworcu powietrze jest bardzo gęste i zadymione, aż ciężko się oddycha…

 

Drewniane nogi i dwie lewe ręce – czyli narty wersja HARD

Wysiadamy na wsi. Jest totalnie ciemno, bo przecież po co na stacji kolejowej montować latarnie. Jesteśmy na okrutnym odludziu, nawet GPS zwariował i nie wiedzieliśmy, w którą stronę jest nasz hotel. Wkoło nie było żywej duszy, więc na widok otwartego sklepu zapłonęła ostatnia iskierka nadziei. Pani ekspedientka okazuje się bardzo pomocna, bo właściciele naszego hotelu to jej rodzina i po kilku telefonach nasz gospodarz przyjeżdża samochodem specjalnie dla nas pod sklep. Na dodatek dostajemy wypasioną chatę – nowiutki dwupiętrowy domek z podgrzewaną podłogą jest cały nasz!

Widok z balkonu!
Gospodarz polecił nam regionalne piwko z Mikuliczyna, świeżo warzone i w dwóch opcjach smakowych. Mniam mniam mniam…

***

Na południe Ukrainy przyjechaliśmy nie bez powodu. W Bukovel znajduje się całkiem konkretne centrum narciarskie. Z racji, że było to moje pierwsze doświadczenie na stoku, istniało duże prawdopodobieństwo, że zjadę jak ostatnia pokraka i połamie narty albo po prostu będę się turlać. Po co komu ubezpieczenie, przecież nic mi się nie stanie! Po co komu instruktor, przecież to proste!
Tak, oczywiście.

Na Ukrainie przystanki autobusowe często nawet nie są oznakowane, funkcjonują natomiast tzw. umowne miejsca, gdzie zatrzymują się marszrutki. Nie ma też co łudzić się o punktualność, bo o rozkładach jazdy chyba nikt nigdy tu nie słyszał. Przyjedzie to będzie. Od 30 minut stoimy więc na przystanku i łapiemy każdą marszrutkę mając nadzieję, że zabierze nas do Bukovel. Facet, którego wcześniej pytaliśmy o autobus stanął kilka metrów za nami również czekając na transport. Po chwili woła nas i wskazuje na zatrzymany samochód. Złapał nam podwózkę! Kierowca okazał się taksówkarzem, jednak pracę miał rozpocząć dopiero w Bukovel, policzył nam więc za dojazd raptem 40 hrywien (jakieś 6,50zł za dwie osoby). Próbując utrzymać równowagę na zabłoconej drodze tłumaczył nam, że taksówkarze mają narzucone ceny za kurs i nie mogą jej obniżyć. Tak więc gdy próbujesz się targować wyjmują specjalną kartkę, gdzie mają rozpisane wszystkie trasy – normalnie przejazd z Mikuliczyna do Bukovel to koszt aż 300 hrywien. Tutaj taksówki są wyjątkowo drogie przez rozwiniętą turystykę, jednak zaraz przedstawię zarys cen we Lwowie w noc sylwestrową. Naprawdę będziecie zdziwieni!

Odważnie wypożyczamy sprzęt narciarski na cały dzień, karnet tak samo, bo przecież cały dzień będziemy zjeżdżać z wielką radością, bez strachu, bo to przecież takie proste.
(Wszelkie koszty znajdziecie na tej stronie: http://bukovel.com/en/tarrifs/)

Jadąc wyciągiem obserwuję przebieg trasy dla początkujących i jestem lekko w szoku nie widząc żadnych zabezpieczeń na zakrętach, żadnej siatki tylko przepaść w las. Aby podnieść się na duchu staram się nie zwracać uwagi na pogotowie górskie, które próbuje ułożyć połamanego faceta na noszach. I wcale nie przejmuję się, gdy zaliczam pierwszą glebę zsiadając z krzesełka.

Czas start! I pierwsza myśl – jak do jasnej cholery się tym hamuje!? Nie było łatwo utrzymać stałą, względnie niewielką prędkość mając pierwszy raz drewniane deski na nogach. Mimo mojego protestu zaczęłam nabierać prędkości, jechałam coraz szybciej i szybciej, a adrenalina natychmiast przejęła nade mną kontrolę. Zachowaj trzeźwy umysł, Paulina! Co z tego, że narty odmawiają Ci posłuszeństwa na zakrętach i przypadkiem wyprzedziłaś paru dobrze zaprawionych już sportowców. To było szalone! Nie potrafiłam się zatrzymać, jechałam jak głupia, obraz mi się zamazywał i modliłam się, by ktoś czym prędzej zadzwonił po helikopter, który zabierze mnie do szpitala. Niebezpiecznie blisko mijając kolejną przepaść zaczęłam się poważnie zastanawiać, że chyba lepiej byłoby specjalnie się przewrócić. W najgorszym wypadku złamałabym obie nogi, ale przynajmniej nie wylądowałabym w krzakach 500m niżej. Nie wiedzieć czemu odrzuciłam jednak tę opcję i dalej sunęłam tak sobie w dół czekając na rozwój wydarzeń.

Całe moje szczęście był to pierwszy dzień, w którym spadł śnieg, więc stok był jeszcze z tego sztucznego pyłu, a ostatnia turbina na tyle mnie spowolniła, że byłam wstanie w końcu się zatrzymać! Jak się zatrzymałam tak stoję – całkiem w szoku, rozkojarzona, nie wiedziałam nawet czy dobrze skręciłam na rozwidleniu szlaków (ten dla początkujących przeplatał się z czarnym…), nogi trzęsły mi się jak galarety i zaczęłam panikować, gdy przyszło mi czekać na Huberta aż 15min. Muszę jednak przyznać, że jestem z siebie dumna, ponieważ nie przewróciłam się ani razu podczas zjazdu! Czy się zniechęciłam? Raczej nie, choć od dziś czuję lekki dreszczyk na myśl o wszelkich sportach zimowych i jednocześnie zaczęłam ogromnie podziwiać i szanować wszystkich narciarzy! Brawa i oklaski! Może kiedyś będę tak szalona i odważna jak wy! 🙂

***

Pora wracać do Lwowa. Do pokonania mamy ponad 200km lokalnymi środkami transportu, tak by zdążyć na przedsylwestrową integrację. Na ukraińskich wsiach bardzo dobrze funkcjonuje sieć transportowa, którą tworzą zwykli ludzie. Jeśli masz własny samochód i jedziesz do miasta to możesz zabrać z pobocza drogi obcych ludzi, którzy zmierzają akurat w tym samym kierunku. Coś jak nasz blablacar tylko bez Internetu i wcześniejszej komunikacji, po prostu zgarniasz chętne osoby stojące przy drodze za uzgodnioną opłatą. Z naszej strony wygląda to więc tak: chcemy jechać do Ivano Frankivsk, więc stoimy przy głównej drodze i czekamy. Trwało to raptem kilka minut, dzięki czemu zdążyliśmy potem na pociąg do Lwowa.

Podczas dorywczej pracy w Łodzi poznałam Olę z Ukrainy, spędziłyśmy razem raptem kilka godzin, a mimo to dostałam propozycję noclegu i możliwość wspólnej imprezy we Lwowie. Na miejscu czekała na nas masa ludzi, których widzieliśmy pierwszy raz na oczy i z którymi mieliśmy spędzić kilka najbliższych dni. Lwów dane mi było odwiedzić po raz drugi i moje pozytywne odczucia względem tego miejsca jeszcze bardziej się utrwaliły. Miasto jest niezwykle klimatyczne, Opera ciągle robi wrażenie, a spacerując poza centrum jesteśmy świadkami jak naprawdę wygląda życie na Ukrainie. Kraj ten należy do jednych z biedniejszych i zauważyć to można zarówno wizualnie jak i po własnym portfelu. Dobrze się składa, ponieważ nie wiedzieć czemu w zasadzie wolę przebywać w miejscach pozbawionych luksusów, niż spędzać wakacje nad drogimi nadmorskimi kurortami w Hiszpanii. Chyba po prostu czuję się bardziej swojsko bez sztucznych ulepszaczy wizualnych i turystycznego harmidru.

Takie rzeczy tylko na Ukrainie! Rozwalająca się marszrutka wprost z Need For Speed Carbon, a zdjęcie po prawej mówi mi, że na sylwester to ja dobrze trafiłam.
Po prawej na zdjęciu jest kasownik. I co ciekawe jazda tramwajem jest tańsza od połowę od marszrutek. A jakie to przeżycie!

Oto krótka historia jak podróżuje się po Lwowie. Do wyboru mamy tramwaj, trolejbus i marszrutkę. Ostatnia opcja jest zdecydowanie najpopularniejsza i panują tam pewne zasady, które warto znać. Przejazd marszrutką jest płatny 4 hrywny i po wejściu należy za bilet zapłacić. Jak to zrobić, gdy stoimy w mega ścisku na samym końcu? Podać pieniądze komuś kto jest odrobinę bliżej kierowcy niż Ty! I tak nasze kilka groszy wędruje po całym autobusie z rąk do rąk, aż trafi na sam początek. I nikt nie schowa ich cichaczem do kieszeni – uczciwość przede wszystkim! Poza tym nie ma co czekać na jakąkolwiek reakcję zwrotną od kierowcy, on bierze pieniądze i tyle. Resztę oczywiście wyda i ona także przejdzie bezpiecznie przez całą marszrutkę, by trafić do Twojej kieszeni. Ale to wszystko, biletu nie dostaniemy, bo ich zwyczajnie nie ma. Kluczowa więc jest ludzka kultura i uczciwość, bo tak naprawdę nikt nie zauważy, że jedziesz na gapę, nie ma tu kanarów. Trzeba być fair, bo karma wraca!

Sylwestrowa pustka

Po domowej libacji w noc sylwestrową postanowiliśmy ruszyć się tuż przed północą do centrum. Zamówiliśmy dwie taksówki pod dom na jakieś 15 osób – koszt 8zł/os. Pod Operą był ogromny tłum i ścisk, zebrali się tu chyba wszyscy turyści i czekali jakby miało wydarzyć się coś niezwykłego. My mając znajomych z Ukrainy byliśmy jednak świadomi, że z fajerwerków nici. Informacje z mojego źródła mówią tyle, że Prezydent nie sfinansował pokazów światełek do nieba na rzecz rodzin poszkodowanych podczas wojny – to do nich mają trafić pieniądze zaoszczędzone na fajerwerkach. Ogólnie popieram ideę, choć sylwester przez to był podejrzliwie cichy i spokojny, a jedynymi światełkami były zimne ognie.

A dalej to wiadomo, tania wódka, impreza do rana i granie w gry planszowe do drugiej w nocy. Oprócz faktu, że straciłam kawałek zęba, wspominania mam jak najbardziej na plus 🙂 Ostanie dwa dni poświęciliśmy na zwiedzanie Lwowa, spacerowanie po jarmarkach bożonarodzeniowych i konsumpcję historii na cmentarzu Łyczakowskim.

Może, by tak za rok powtórkę?

Kto zauważył minionka? 😀

A na koniec zagadka!
Coś zjadło psa, czy pies zjadł kogoś?

Takie tam na naszym podwórku.

 

0 Comments on “Ukraiński sylwester na stoku + kilka ciekawostek.”

  1. te hotele, które są w linku do ośrodka narciarskiego to są przy samym stoku/stokach czy trzeba dojeżdżać? jak dla mnie totalnie inny świat 🙂 czytało się jak opowieść z książki sprzed kilkudziesięciu lat 🙂

  2. Oglądając zdjęcia i czytając szczególnie pierwszą część artykułu wracają wspomnienia z mojej pierwszej wizyty na Ukrainie, w czasach kiedy jeszcze Ukraińcy wierzyli, że odbiją Krym 😉

  3. my w sylwestra 2014/15 też byliśmy we Lwowie – o, i nawet ogólny zarys imprezy był podobny 🙂 natomiast 2015/16 to również Ukraina: Kamieniec Podolski – było fajnie, ale nie za bardzo było co robić, dlatego Lwów to lepszy pomysł na sylwka 😉

  4. Pojechałabym! po Ukrainie jeździłam tylko marszrutkami, ale pociągi BARDZO lubię i chętnie to zrobię jak będę kolejny raz. ;-D pomijając to, czadowy opis "o mnie" 😀 też lubię ten niskobudżetowy luksus. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *