Tbilisi – stolica dizajnu

       Nie wiem kto miał więcej szczęścia – my, ponieważ znaleźliśmy podwózkę z Kazbegi do samego centrum Tbilisi czy dwoje Azerów, którzy szaleńczo wpatrują się w nasz GPS w telefonie. Wracają do domu całkiem na oślep, bez mapy i bez umiejętności zerkania od czasu do czasu na drogowskazy. Zabierając nas z pobocza prawdopodobnie kierowali się myślą, że lepiej zgubić się w czwórkę niż we dwóch. Uratowaliśmy jednak sytuację i wyjaśniliśmy chłopakom którą drogą dostaną się do Azerbejdżanu. Ahh ta wzajemna pomoc!

       Nieodłącznym elementem krajobrazu Gruzji są stada owiec, koni i krów. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak widok ten potrafił zaskoczyć. Całkowicie normalną sytuacją jest wędrówka tych uroczych stworzeń nie tylko po łące, ale i po drogach. Tak, jedziesz sobie te 80km/h i nagle trzeba szybko hamować i umiejętnie wymijać owieczki. One w przeciwieństwie do Ciebie są do tego przyzwyczajone, zupełnie się nie boją ani krzyków, ani klaksonów. Ty potrzebujesz więc cierpliwości, której mijające Cię owieczki mają aż za wiele…

Tbilisi loves you!

       Po przekalkulowaniu wrażeń dochodzę do wniosku, że najbardziej w stolicy zszokowało mnie… metro. I nie dlatego, że „łał, oni mają metro” tylko „łał, co za kosmiczne metro!”
W skrócie jest niezwykle głęboko wybudowane, a ruchome schody wydają się nie mieć końca. Wyczytałam, że może to mieć związek z okresem kiedy owe metro powstało. 1965 rok to czas trwania „zimnej wojny” i wszelkiego strachu, a głębokie podziemia dawały poczucie bezpieczeństwa.

Informacja praktyczna: kupując nawet jeden bilet, w kilka sekund wyrabiasz kartę (dobra pamiątka!), którą później ewentualnie doładowujesz kolejnymi biletami. Koszt jednego to 0,50 lari (ok. 0,80gr.). Metrem dojedziesz wszędzie, nawet na wylotówkę w stronę Armenii. Dodatkowo każda stacja ma darmowe wi-fi.

Zjazd trwa około 2 minut…

       O tym co zobaczyć, a czego nie, pisać nie będę. Nie jestem przewodnikiem tylko prostą dziewczyną z plecakiem szukającą przygód! A tak na serio to chyba nigdy nie zwiedziłam żadnego miasta dostatecznie dokładnie, by wpływać na czyjeś zdanie i opinie. Mogę natomiast POLECIĆ coś z dobrego serduszka! Pierwsza rzecz jaka rzuca się każdemu w oczy to niewątpliwie architektura, która jest równie kosmiczna co metro. Architektów posądziłam o import jakiegoś nielegalnego towaru z Zachodu, bo kreatywność jest aż przesadna. Nie mówię, że mi się nie podoba, bo podoba, jednak przez kształty budowli, całe miasto nie wygląda zbyt poważnie, a raczej przypomina wesołe miasteczko. Co w sumie jest urocze.
Mimo mieszanych uczuć zachwyciła mnie okolica Mostu Pokoju. Jest tam zielono i spokojnie, a to przecież samo centrum! Znajdziemy tam także kolejkę linową (koszt 1 lari), która widowiskowo doprowadzi nas na twierdzę Narikala.

       Dalej szliśmy gdzie nas nogi poniosły, czasem skręciliśmy w prawo, czasem w lewo. Zahaczyliśmy o jakiś kościół, napiliśmy się drinka i załapaliśmy się na koncert. Nogi zaczęły jednak już boleć, a słońce dawno się schowało, więc wolnym krokiem kierowaliśmy się pod adres naszego hosta.

Winem Kartlis Deda wita przyjaciół, a mieczem wrogów.
Koncert uliczny i takie szalone demonstracje!
Sobór Trójcy Świętej – polecam po zmierzchu!
A teraz idziemy na jednego, idziemy czaczę pić!

Impreza z Bobem Marley’em i Rammstein’em.

       Kevin, nasz host, jest najbardziej doświadczonym podróżnikiem jakiego w życiu spotkałam. Jakiekolwiek państwo nie wymieniłam, okazuje się, że on tam już był, już to wszystko widział. Gdy kartkowałam jego dwa paszporty wypełnione po brzegi to szczęka opadała mi coraz niżej. Wtedy dowiedziałam się też, że jest Amerykaninem, a w dniu, w którym nas przygarnął uzyskał gruzińskie obywatelsko. W dodatku nie byliśmy jego jedynymi gości, na kanapie siedziała jeszcze parka z Litwy. Nasze multikulti nie skończyło się jednak na herbatce czy jednym piwie. Zwarci i gotowi ruszyliśmy nocą na miasto. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia gdzie byłam, zajrzeliśmy w parę miejsc, aż ostatecznie wylądowaliśmy w niewielkim podziemnym barze, gdzie jedyną muzyką było karaoke. Nie byle jakie! Ludzie grali i śpiewali wszystko i naprawdę dobrze im szło. A może wrażenie to zawdzięczam czaczy?
Poznałam multum ludzi, a hasłem przewodnim było – każdy zna każdego.   I faktycznie, ludzie się witali, na okrągło ktoś się przestawiał i tańczył z nami. Miałam wrażenie, że byliśmy traktowaniu jak stali bywalcy tego lokalu.
Nie wiem czy tak się zawsze bawią Gruzini i czy wszyscy witają się całusem w usta , ale muszę przyznać, że atmosfera była nadzwyczajna!

I jak my wstaniemy rano, by o jakieś przyzwoitej godzinie dojechać do Armenii?

0 Comments on “Tbilisi – stolica dizajnu”

  1. Słyszałam o Gruzji wiele pochlebnych opinii, czytając Twojego posta jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to miejsce trzeba koniecznie odwiedzić. Podobno gruzińska gościnność jest niesamowita a kuchnia przepyszna.

  2. Stada zwierzyny na drodze – urocze, a zakończenie dnia niezapomniane. Napisałaś, że ludziom dobrze szło śpiewanie karaoke. A to Wy się nie przyłączyliście do tych gruzińskich rytmów? Może nikt by nie zauważył, że znacie inne słowa 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *