Spanie na dziko – dwie pogmatwane historie z życia autostopowicza

       Podobno nic w podróży nie jest tak wkurzające i demotywujące, jak niewyspana kobieta. Kobieta, z którą mimo wszystko należy współpracować 24h na dobę pokonując kolejne kilometry bałkańskich dróg. W takie dni jak dziś, gdy siedzę wygodnie w fotelu opatulona kocem – wspominam sobie w jakich to dziwacznych warunkach przyszło mi w życiu spać. Z wielu noclegów jestem szczerze zadowolona, a wręcz dumna, inne dały nieco w kość, bo zimno było, krzywo, niewygodnie, bo wiatr chciał porwać namiot albo zaatakowali mnie Cyganie. Wiem, że śpiąc po krzakach gdzie popadnie, często w niedozwolonych miejscach, muszę liczyć się z różnymi niespodziankami, jednakże TO co miało miejsce w Grecji całkiem mną wstrząsnęło. Serio. Nawet patrząc na tę przygodę z perspektywy czasu, emocje wciąż są tak samo wyraźne, tylko wzbogacone o nutę dystansu. Zapytana o najbardziej szalony, bądź przypałowy nocleg w namiocie od razu wykopuję z pamięci autostopową podróż na trasie Polska-Grecja. W zasadzie był to przypał w wersji combo, dwie noce z rzędu, podczas których zamiast spać, uskuteczniałam liczne ewakuacje oraz próbowałam doprowadzić w środku nocy namiot i swoją psychikę do stanu użyteczności.

 

       Są dwa typy ludzi, jedni śpiąc na dziko boją się reakcji przypadkowych osób, którzy mogą włamać się, napaść czy obrabować i tak już wystarczająco biednych podróżników. Drudzy mają stracha przed dzikimi zwierzętami, zarówno większymi, jak i tymi całkiem niepozornymi. Zdecydowanie należę do grupy drugiej, bo wychodzę z założenia, że z człowiekiem zawsze da się dogadać, chociażby wyjmując nóż i robiąc groźną minę.

 

Miejsce: Meteora, Grecja

Czas: 11. dzień podróży (2015r.)
Wróg: Namiotożercza armia czerwonych potworów

       Chciałam pospacerować po Meteorach, przecież tu jest tak pięknie, żal nie skorzystać. Nie było jednak gdzie zostawić plecaków, słońce pracowało w trybie turbo, a mój kompan poddał się na wstępie. Co tam, wejdę sama, chociaż troszkę. I zaczęło się skakanie po skałach, przechodzenie przez kładki, a niekiedy mini wspinaczka. Doszłam do pierwszego punktu widokowego, cyknęłam bardzo nieprofesjonalną fotkę rozmazując całe piękno krajobrazu i wróciłam absolutnie z niczym. Słońce już zachodziło za horyzont, więc dalej już nie pojedziemy. Powstał też inny problem, w promieniu najbliższych kilometrów nie było gdzie rozbić namiotu, krążyliśmy więc po mieście i szukaliśmy niewiadomo czego. Po długich konsultacjach, skała w centrum miasta wydawała się nam najodpowiedniejsza. Na jej szczycie było jeszcze więcej twardej, nieprzyjaznej dla kręgosłupa skały, tak że śledzia nie wbijesz, w dodatku teren płaski praktycznie nie istniał. Pamiętajcie, rozbijając namiot po zmroku poświećcie najpierw trochę latarką, by zbadać grunt. Klasyczny błąd, do którego nigdy wcześniej nie przywiązywałam wagi.
       Nie jest wygodnie, ale i tak mi to nie przeszkadza. Śpię, ale standardowo na czuju, ponieważ odczuwam potrzebę nie ufać całemu światu i budzę się na każdy dźwięk. I oczywiście jestem jedyna wśród moich wszystkich dotychczasowych towarzyszy tak spaczona na punkcie wykrywania niebezpieczeństwa. Tym razem wybudzam się ze snu stopniowo, słyszę delikatne szmery, jakby lekkie stukanie w namiot czy szelest, który narastał. Pierwsza myśl, że to krople deszczu lub może wiatr. Ale ten dźwięk był naprawdę dziwny, nie umiałam go sprecyzować i dochodził ewidentnie z czubka namiotu. Po chwili decyduję się sięgnąć po latarkę. Wycelowałam w sufit i panika przeszyła mnie całą, do tego stopnia, że nawet nie byłam w stanie krzyknąć.
       Od razu zaznaczę, im mniejsze zwierzę, tym bardziej mnie przeraża, wszelkie pająki, owady i robactwo traktuję jak zło konieczne. Tym razem były to czerwone mrówki, wielkie, tłuste i mocno kąsające skurczybyki, które całkiem nas otoczyły i zaczęły w hurtowej ilości wpadać do środka namiotu. Cała kolonia, albo i dwie, przez pierwsze kilka godzin wdrapywały się po wszystkich ścianach, aż dotarły do siatki wentylacyjnej i zwyczajnie ją przegryzły, wręcz można powiedzieć, że zjadły. Pomyśl o tym, śpisz sobie spokojnie i nagle łóżko dzielisz z dziesiątkami wielkich mrówek, a kolejne wciąż spadają i spadają. Plus jest taki, że nie zdążyły wejść mi do śpiwora. Później zauważyłam, że te bestie zdołały też przebić się przez jeden róg w podłożu, oczywiście ten najbliżej mojej twarzy. Ewakuacja natychmiastowa, moja wyobraźnia ogłosiła alarm najwyższego rzędu, a obrzydzenie i rozpacz osiągnęły poziom krytyczny.
       Efekt całego zajścia był taki, że 30min później spałam jak dziecko kilka metrów dalej, w bardzo niewygodnym miejscu. Tak jest! Bo przeżywanie w każdym dniu podróży, jednej z najwspanialszych chwil w życiu, potrafi człowieka skrajnie wyczerpać. A prawda jest taka, że do końca wyjazdu znajdywałam jakieś mrówki, martwe bądź niekiedy jeszcze żywe. Nie ukrywam, że zależało mi na ich unicestwieniu, dlatego nad ranem urządziliśmy dezynfekcje dezodorantami.

 

Gdzieś tam po lewej jest wejście na naszą pechową górę.

 

Miejsce: autostrada koło Salonik, Grecja

Czas: następna noc
Wróg: burza i bezdomny pies

       Mimo mrówkowego kryzysu zeszłej nocy, dzielnie pokonywałam kolejne kilometry. Miałam wielką ochotę na chwilę regeneracji i kubek kawy, ale z tego co pamiętam było mnie stać tylko na wątpliwej jakości wodę z hydrantu. Złapaliśmy na stopa koleżkę, który niestety nie potrafił porozumieć się w żadnym języku, nawet takim obrazkowym. Zrozumiałam tylko, że jedzie do Salonik, co mnie zupełnie nie uszczęśliwiało. A potem wszystko odbyło się bardzo chaotycznie, ja chciałam dostać się na obrzeża miasta, kierowca chciał do centrum, nic nikt nie rozumiał, każdy mówił po swojemu, w końcu mój partner krzyknął ‚stop!’ i voilà – wysiedliśmy na autostradzie. No brawo! Przez następną godzinę zwiedzałam wszystkie okoliczne tereny przemysłowe, pogoniło nas kilka psów, a niebo zebrało siły na potężną ulewę. Przypominam, że podróżowałam z namiotem firmy STATOIL, który można było dostać za kilkanaście punktów w ramach napełnionego baku na stacji benzynowej. Byłam pewna, że przegra w nierównej walce z siłami natury, więc powinniśmy spać pod dachem albo z możliwością ewakuacji pod jakieś sklepienie. Okolice fabryk okazały się słabym pomysłem, więc wróciliśmy na trawkę przy autostradzie i dam też się rozbiliśmy.
       Minęły może dwie godziny. Budzi mnie pukanie w namiot. Deszcz. Próbuję ocenić sytuację i obserwuję czy szwy namiotu przypadkiem nie przeciekają. Chcę obudzić mojego towarzysza i poinformować o konieczności ewakuacji, jednak potężny grzmot pioruna zrobił to za mnie. Rozpętała się ulewa i burza, nie ma czasu składać śpiworów, więc wyskoczyłam w piżamie, by wyciągnąć śledzie, chwyciłam plecaki i w nogi! Biegnę sobie przez autostradę, hop przez barierki, coś mi upadło w kałużę, zachlapałam sobie nogi po łokcie, a perspektywa spania pod mostem nigdy wcześniej mnie tak nie cieszyła, jak tej nocy. Zaraz za mną biegnie mój towarzysz z rozłożonym namiotem w ręku i bezdomnym psem u boku. Skąd on go wziął?! Na widok takiego smutnego czworonoga zawsze mięknie mi serce, normalnie roztapia się jak lody na pustyni, nic na to nie poradzę. Dzielę się z nim wszystkim co mam, czyli w tym przypadku była to piętka starego chleba. Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki, zęby szczękają nam z zimna, a ja suszę śpiwór na autostradzie w środku nocy, cudownie!
       Podejście drugie. Odgarniam kamienie z cementowej podłogi pod wiaduktem i idę spać. Teraz od drogi oddzielały nas jedynie betonowe słupy, więc za każdym razem jak przejeżdżała ciężarówka, namiot podrywał się do góry, a ja razem z nim. A dźwięk kilkunastotonowej maszyny, która mijała mnie ze trzy metry obok, był naprawdę przerażający. Po godzinie znów się budzę – to samo, deszcz uderza w namiot. Chmury płakały z całych sił, a wiatr precyzyjnie celował kroplami deszczu w nasz rozpadający się już dom. Ewakuacja. Migrujemy głębiej pod wiadukt, na krzywy chodnik z wystającymi drutami. W sumie to już mi wszystko jedno, chcę po prostu trochę odpocząć. Nasilony ruch na autostradzie i ludzkie głosy budzą mnie z samego rana. Wstaję i widzę pana robotniczego w odblaskowej kamizelce, który patrzy się naprawdę dziwacznie, jakby nie wiadomo kogo się spodziewał. Dodatkowo nasz przybłąkany pies gdzieś zniknął, a troki od namiotu leżą na ziemi, przegryzione w kilku miejscach… Bo najwyraźniej suchy chleb to za mało.

 

A tak po dwóch traumatycznych noclegach śmigamy 500km, przez cała Bułgarię! Do domku, na pyszny rosołek.

 

       A teraz dodaj do tego włóczęgę trwającą dwa tygodnie w naprawdę upalne lato, codzienny ciężar plecaka i głód, bo skończyło mi się euro. Jakby co, to ja wcale nie narzekam! Uwielbiam ten styl podróżowania, przecież nic nie robię na siłę, ale chciałabym zostać dobrze zrozumiana – podczas moich wakacji nie odpoczywam, ja zawsze wracam brudna, niewyspana, biedna i zmęczona jak górnik po robocie. Te dwie sytuacje świetnie pokazują co mam na myśli, komfort w podróży mam minimalny albo nie mam go wcale. Rzecz w tym, że po złożeniu wszystkich czynników do kupy, czasem człowiek wątpi w swoje szalone pomysły. Po kilku dniach oczywiście negatywne myśli ustępują i zdajesz sobie sprawę, że chcesz jechać tak na koniec świata.

 

0 Comments on “Spanie na dziko – dwie pogmatwane historie z życia autostopowicza”

  1. Te mrówki były naprawdę przerażające. Jak wyobraze sobie ze coś takiego miałabym koło twarzy to mnie trzepie i wszystko zaczyna swedzic..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *