Na Bieszczady pora, potem zamek i zapora – majówka!

Wstyd! Wstyd i jeszcze raz wstyd, by nigdy nie pojechać w Bieszczady!? Tak, przyznaję się, serio nie byłam. Wychodzę jednak z założenia, że lepiej późno niż wcale i majówkę spędziłam gdzieś między Wetliną, a Ustrzykami Górnymi. Takie przynajmniej było wstępne założenie, bo jak wszyscy dobrze wiemy, nie warto konstruować całej strategii wyjazdu na początki drogi, dlatego nasz plan przypadkowo ewoluował o nowe miejsca i przygody 🙂

Wyjeżdżamy w nocy. Czeka nas ponad 8 godzin jazdy samochodem. Usilnie próbuję otrzymać żwawą atmosferę w aucie, opowiadam życiowe historie, zadaję Hubertowi masę pytań, urządzam karaoke, paplanina od rzeczy wydaje się nie mieć końca, a wszystko po to, bo myślę, że zmęczenie uśpi czujność mojego kierowcy. Nie trudno się domyśleć, że ostatecznie sama usypiam i budzę się wczesnym rankiem w pięknych górach! Dodatkowo okazuje się, że na pilota wycieczki też się nie nadaję, bo GPS jest mądrzejszy od mojej papierowej mapy.


Nasz sposób na darmowy nocleg

Postanowiliśmy wykorzystać to co mamy pod ręką. W zasadzie spanie w samochodzie nie jest niczym odkrywczym, ale my zrobiliśmy sobie z niego mini domek! Tylne siedzenia ładnie się składają tak, że od fotela kierowcy po sam koniec bagażnika jest wystarczająco miejsca by się położyć i wyspać. No prawie, bo oboje należymy do ludzi wysokich, więc nogi nie zawsze dało się wyprostować. Koce i ręczniki układamy pod plecy, wskakujemy w śpiwory i zasypiamy na kilka godzin, do momentu, gdy słońce nie zapuka do nas przez szybę.

Mała podpowiedz, w jakich miejscach najlepiej i najbezpieczniej przespać noc:
– Stacje benzynowe – niezastąpione pod każdym względem miejsca podczas niskobudżetowych podróży! Dlaczego? Przeważnie przez całą dobę w pobliżu są pracownicy, przez co nie jesteśmy na odludziu, czujemy się bezpieczniej przez wszechobecny monitoring, a w dodatku można skorzystać z darmowej toalety (czasem nawet z prysznicem), oraz w każdej chwili kupić coś do jedzenia (czekoladowy batonik o 2 w nocy też wchodzi w grę). Poza tym, śpią tam kierowcy w ciężarówkach, więc ja w osobówce też mogę!
– parkingi – wiadomo, samochód na parkingu to widok całkiem normalny, nie rzucamy się w oczy, nie przyciągamy niepotrzebnej uwagi. Fajnie gdyby był to jakiś zajazd daleko od miejskich zabudowań, ale jednocześnie gdzie nie będziemy sami. Dobrym rozwiązaniem są też parkingi pod kościołem lub dużymi marketami.

Jak to wygląda w Bieszczadach?

Na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego parkingi są tam gdzie drogi przecinają się ze szlakami górskimi. Oczywiście w każdym przypadku są one płatne. Ceny są różne, za samochód osobowy wahają się 12-15 zł za cały dzień. Motocykl niemal zawsze 6zł. Na niektórych parkingach jest możliwość godzinnego naliczania, aczkolwiek ja się z tym nie spotkałam. Postoje są niestrzeżone, jednak od 6:00 rano chodzą panowie w pomarańczowych kamizelkach i zostawiają bilecik za wycieraczkami samochodom, które przyjechały po godzinach pracy takiego człowieka (16:00 albo 17:00), bądź w nocy. Czyli teoretycznie możemy wjechać za darmo po 17:00 na parking , wyjechać przed 6:00 rano i w ten sposób unikniemy zapłaty. A w praktyce, idąc w góry i tak trzeba zostawić gdzieś auto, więc w zasadzie nie mamy za specjalnie innej możliwości.

 

1. POŁONINA CARYŃSKA – spacer po chmurach

Czas rozprostować trochę kości! Nie ma lekko, chmury szare, nieba nie widać, a nasz szlak jest wyłożony błotem. Po pierwszych dziesięciu minutach zrozumiałam, że nie ma najmniejszych szans, by wrócić ze szczytu chociażby względnie czystym. Co robić? Zamieniamy się w dziesięciolatków i specjalnie taplamy się w gęstych bagienkach, ślizgamy po błocie i najogólniej mówiąc – udajemy, że mamy kalosze. Zabawa przednia, a efekty dało się przewidzieć..
Podpowiedź: Do wyczyszczenia zaschniętego błota z butów i spodni pomocne są: samochodowa szczotka i drapaczka do szyb.

Na Połoninę Caryńską wchodziliśmy czerwonym szlakiem od strony Ustrzyk Górnych. Nawet dla amatorów z średnią kondycją trasa jest do przejścia, a zgubić się po prostu nie da – oznaczenia szlaku są niemal na każdym drzewie. Z początku idziemy przez las, później robi się bardziej stromo i ostatecznie musimy poskakać trochę po skałkach, a gdy dotrzemy do Połoniny ukaże nam się cudowna przestrzeń z górską łąką, której nie było mi dane podziwiać. Ogromna mgła zasłaniała wszystko co piękne, na szczycie jedyne co widziałam to tabliczkę informującą, że to tu. I ławeczkę, żebym to sobie mogła odpocząć. Nie powiem, było to duże rozczarowanie, ale w zasadzie mogłam to przewidzieć. A przede wszystkim zawsze mogło być gorzej, bo przecież weszłam, tak? Dotarłam na szczyt! Zdobyłam te 1320 m.n.p.m… !

Będąc już z powrotem na parkingu widzimy szare obłoki chmur, które zdawały się przykrywać wierzchołki gór. To nie była mgła. To była chmura. Dotykałam chmury! Dotarłam aż do nieba! Tak, humor zdecydowanie się poprawił 🙂


Biesiadny koncert, monopol i straż graniczna

Szczerze, nie sądziłam, że Ustrzyki Górne są tak małe. Przeszliśmy je wzdłuż i szerz. Jest tutaj aż jeden sklep, który stanowi główny cel imprezowej młodzieży, parę całkiem wypasionych campingów i kilka pensjonatów, czyli wszystko co turysta potrzebuje do szczęścia. Gdy jedna karczma zorganizowała koncert, słyszeli go wszyscy przebywający akurat w Ustrzykach i pewnie kilka przypadkowych niedźwiadków w lesie. Przyjemny wieczór. Odpoczywamy przy gorącej herbacie, słuchamy brzmienia basowych gitar i obserwujemy zachód słońca.

Panowie parkingowi rozeszli się już do domów. Nasiliła się za to kontrola graniczna. Zielony patrol wjechał też na nasz parking, a my poczuliśmy się, by zgasić silnik i światła. Przyczepią się do ludzi śpiących w aucie czy nie? Zatrzymali się w bezpiecznej odległości, jednak nadal podejrzanie zbyt blisko nas i zrobili dokładnie to samo. Zgasili silnik i światła. Przez następne minuty bacznie obserwowaliśmy siebie nawzajem, czułam nawet lekką adrenalinę we krwi, a przecież nic złego nie zrobiłam! Chyba w końcu też to odkryli i odjechali jakby trochę rozczarowani.

2. Zapora Solińska

Po południu zapowiadali burzę. Postanowiliśmy ją ominąć, więc wspinaliśmy się po szlakach górskich do momentu aż nie zrobiło się sino na niebie. Czyli do 13:00. Niestety, tegoroczny maj nie był odpowiednią porą na góry. Pogoda namiętnie uprzykrzała życie wędrownika, a to pluła deszczem, rzucała błotem albo nasyłała na nas burzę i mgłę… Po drugim śniadaniu na pniu drzewa, zeszliśmy na dół czarnym szlakiem i myśleliśmy gdzie by pojechać dalej.
– A nad Zaporą Solińską byłaś?
– .. nie.
– To za godzinę będziesz miała okazję to zmienić.

Krótko, zwięźle i na temat!

Zapora robi wrażenie, czuć jej potęgę, siłę dzięki której stawia czoła nieokiełznanej matce naturze. Na zwiedzanie mamy godzinę. Po pierwsze jest to wystarczająco czasu, by przejść się mini promenadą i przespacerować na drugi koniec zapory. Druga kwestia jest taka, że nie chce nam się bulić kolejnych złotówek za parking. Tak, to zdecydowanie najbardziej uporczywy minus podróżowania autem. Parkingi. W miejscach turystycznych jest wylęgarnia samochodów na każdej względnie płaskiej przestrzeni, znalezienie miejsca wolnego jest bliskie cudu. I oczywiście jak już znajdziesz to liczy się każda minuta. Tik-tak, zegar tyka, spiesz się, bo doliczą Ci kolejne 5 zł czy 10 zł, i kolejne.. każdy chce przecież zarobić. Widziałam nawet zwykłe toitoie, do których strach zaglądać, a mimo wszystko stał przy nich ochroniarz i wołał 1zł od każdego siku.

Co dalej? Ustaliliśmy jedynie, że kierujemy się powoli w stronę Wrocławia, zatrzymując się tam, gdzie coś nas zaciekawi. Na razie interesował nas hotel, by móc zregenerować siły na miękkim materacu. Wyszło to całkiem śmiesznie. Zatrzymaliśmy się w małej wsi, w trzygwiazdkowym zajeździe (bo był najtańszy), który wyglądał jak nieudolnie zaprojektowany zamek dla lalek. Miał wieżyczki, był kolorowy aż do bólu głowy, a długimi korytarzami spacerowało się jak po lochach. Pozytywną stronę tego miejsca odkryłam rankiem, gdy dostaliśmy darmowe śniadanie!

3. JURA KRAKOWSKO-CZĘSTOCHOWSKA

Kolejna perełka. Od samego rana kierujemy się w stronę zamku w Ojcowie. W zasadzie to ruiny, które lekko mnie rozczarowały. Rozumiem, że ruiny to ruiny, ale tutaj już naprawdę niewiele zostało. Dalsza część Parku ojcowskiego jest bardzo przyjemna, przyroda wydaje się prawie nie naruszona ręką człowieka, z wyjątkiem chodników, parkingu (DARMOWEGO) i niewielkich hoteli. Przeszliśmy jeden szlak turystyczny. Wyglądał niepozornie, a jednocześnie miał tę cudowną aurę niezwykłości, ponieważ zlokalizowany był z dala od głównych ścieżek i wszystkiego innego co zakłóca spokój. Niemal cały dzień błąkaliśmy się tak po Ojcowskim Parku Narodowym. Późnym popołudniem pojechaliśmy jeszcze pod Maczugę Herkulesa, bo przecież być w Jurze i nie dotknąć maczugi? No właśnie!

Ta ostatnia noc!
Spędzamy ją znów w samochodzie. Poprzednie noce nauczyły mnie jak zadbać o wygodę i po zaparkowaniu na stacji benzynowej odpowiednio przyszykowałam swoje posłanie i spałam jak dziecko. No prawię, bo obudziła mnie huczna impreza pod Lukoilem w środku nocy. Nie mam pojęcia skąd wydobywała się głośna, dudniąca w uszach muzyka, a konkretnie zapętlona w kółko jedna, mocno klubowa piosenka, ale cały nasz samochód wibrował w rytmie intensywnego basu. Oczywiście Hubert spał w najlepsze, a rano nie rozumiał o co mi w ogóle chodzi. Impreza? Gdzie?

Restauracja „Pod Tesco” z wykwintnymi przystawkami! 

4. ZAMEK W MOSZNEJ

Aby z przytupem zakończyć weekend majowy, podczas śniadania pod Tesco obmyślamy plan na ostatni dzień. Niedaleko już od Wrocławia, ale jeszcze w województwie opolskim jest Pałac w Mosznej. Wielokrotnie oglądany przeze mnie i podziwiany w internetowej przestrzeni, dziś miał okazję ukazać się mym oczom we własnej osobie! Na przestrzeni lat kilka razy był przebudowany, odbudowany i co najważniejsze rozbudowywany, dzięki czemu nie tylko znacznie powiększył swój gabaryt, ale i utworzył konkretną mieszankę architektoniczną. A to trochę neogotyku, tu po prawej szczypta neorenesansu i oczywiście nie mogło zabraknąć też części barokowej! Cały zamek jest faktycznie piękny, a fontanny na głównym placu dodatkowo podsycają jego urok i ogrom. Po nieudanej próbie przyłączenia się na krzywy ryj do wycieczki z przewodnikiem, pozwalamy sobie na chwilę luksusu, czyli gorąca czekolada i karmelowa kawa, z widokiem na 200 hektarowy park.

Fajna była ta majówka, to trzeba przyznać. Dużo się działo, wszędzie było nas pełno, przetestowaliśmy swoje siły w lekkim surwiwalu. Cały wyjazd spędziliśmy z dala od miast, chodziliśmy cali ubłoceni, zmęczeni, a samochód był naszym domem. Zdecydowanie był to intensywny weekend! Ponadto, w końcu znalazłam chwile czasu, by poszwendać się po Polsce południowej, byłam w miejscach, których albo nigdy nie widziałam, albo gdy byłam zaledwie kilkuletnim dzieckiem. Mogę latać do Azji, Afryki czy na drugi koniec Europy, ale tylko w Polsce czuję się naprawdę swobodnie.

 

0 Comments on “Na Bieszczady pora, potem zamek i zapora – majówka!”

  1. Łomatko… spanie pokotem i taplanie się w błocie. Do tego powinniście mieć jakieś trapery lub kaloszki zamiast ażurowych butów sportowych.

    Naleśnika to bym sam zjadł. Chyba pora na śniadanie, więc idę oflajn.

  2. Co jak co, ale ja muszę się porządnie wyspać na wyjazdach. Może być w namiocie obojętnie gdzie ale tak zeby nogi rozprostować 🙂 ostatnio prześladują mnie góry, nawet moi rodzice byli na 2tyg urlopie w górach!

  3. My też pojechaliśmy do Mosznej trzy tygodnie temu! 50 km od miejsca gdzie spędziłam całe dziewiętnaście lat, a byłam tam po raz pierwszy! Nie wiem jak Wy, ale nie spodziewałam się aż takich tłumów!

  4. Ale super! Tam musi być pięknie mimo błotka 😀 Też nie byłam w Bieszczadach, ale muszę w końcu dorwać kogoś kto przygarnie mnie do autka i hej przygodo!

  5. Ja też lubię takie wycieczki takim kosztem, spadnie gdzie popadnie, jedzenie własnego prowiantu… Teraz mamy dwójkę dzieci i jednak nieco musieliśmy zmodyfikować mszę podróżowanie, ale jak troszkę podrosną, zbierzemy je na taką wycieczkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *